niedziela, 21 października 2012

wersy na porzucenie elegii

















chciałoby się napisać, że przeszedłem już wszystkie drogi,
kiedy nie rozpocząłem żadnej. pisanie elegii dla ciebie,
bo to twój głos mnie powiódł dalej niż to, czego nie umiem
napisać mazakiem na fraktusie, więc pisanie tej elegii

idzie jak kurwie w deszcz. przez głowę przelatują słowa,

a po nich wyrazy, pancerzownica, półpasiec, palestra
i bóg jeden wie w kogo cisnąć kałamarzem. nigdy nie
bałem się umierać, a teraz boję się, że umrę i nie rozpocznę

drogi, że nie włożę w śpiew takiej pasji jak ty, kiedy szukałeś

w sobie duszy krokodyla, może w mopti, gdzieś na rzece
senegal. o, mangalo, mangalo camara, chciałbym powiedzieć
to wznioślej, jakoś kurwa wznioślej, ale wzniosłość zabiera rzeka
i unosi jak szlam. a ty śpiewasz, że ten szlam lśni na niebie, że w gwiazdy 



fot. Vera Cheal, Pirogi na rzece Zair

bez, naprawdę bez najmniejszego wibrato



















Dear God, even in thy arms, and can there be any so sweet security?

z fizyki świata znam tylko sopran z wnętrza kości -

znam ten głos, co nie mogąc się wydobyć, nie może
również wyśpiewać, ani unieść ciała, a przecież wiesz,
ja wiem również, że on jest szorstkością kadłuba,

odbiciem w strugę, lotem. nie bój się skoku! - chcę namówić

bratki i piwonie do takiej dla siebie samego zachęty, a potem
zetnę kwiat jeden i siedem, i poszukam w łodydze sopranu,
który mnie wypełnił albo kwiat poczeka i wejdzie

w moje gnaciska w tym samym celu, i wypłynie niby

w moby dicku na morza, i przez cieśninę uciekać
będzie przed sopranem syren, albo syreny poznały
już fizykę i tylko zapis mami melodią, kwiatem, mną 




fot. Maciek Zimny 

W drodze do Emaus















Sądziłem, że jestem z zimy, że usypany
ze śniegu stoję przy Via Regia, z miotłą,
marchewką i wiarą, że toczyć się będą
zaprzęgi, za nimi wierni jak zamieć.

Wiosną chciałem być wiatrem, szarpać

Rękawką i tojeść przygniatać do bruzdy,
mierzwić chłopakom grzywy,
dziewczynom wślizgiwać się w dekolt,

lecz ani się obróciwszy byłem płomieniem -

co zeznał lipiec i podtrzymały sierpnie 

pomimo wymownych poszlak: spalonych
łysin i bioder leniwych jak barki na Wiśle.

Więc jestem dzieckiem jesieni, nie z wiatru

i nie z płomienia, nie z wody, ani z powietrza,
lecz z ziemi, z gnicia i pyłu. a może po prostu

mnie nie ma, dwanaście kroków i inni 
pytają o emaus. 


fot. John Vachon, Górnicze dziecko

sobota, 20 października 2012

pepik wychodzi z pieśni na opuszczenie żagli,

 

choć dopłynąwszy za wyspy zielone
do syren o najpiękniejszych brwiach,
lądów niebieskich, pepik już tańczył z jedną
dłonią otwartą ku Niemu, drugą spowitą w mgłach.

pepikowi znów się marzy, że przemierza
nieznane ligi wzdłuż i z dala od przylądków,
że studiuje portulany i przywraca wiatr
pomiędzy rumbami pewności i wielkiej

ciszy jaka rodzi się w nim samym -
nieważne w oku, czy poza okiem cyklonu



______________________________________
i, że sześć cyklonów wtóruje w rozmarzeniu: oe, oe

w drodze do rzymu
















pepik chce myśleć o bogu z właściwym nastawieniem.
może właśnie dlatego pomiędzy żwirem i przepierzeniem
zawarło się, z wyprzedzeniem, tajne przymierze dające prymat
dyskusji wierzę, nie wierzę nad milczeniem, które słowa wytrzyma.

powściągliwiej zbiera się kra na rzece i spojrzenie na biel.

nad młodym imperium zbijają się w stada te chmury,
które rozbiegły się po upadku starego, niekiedy błyśnie kieł
prognozy, gdzieniegdzie reguły grzbiet szarobury.

pepikowi się marzy, że stoi na palowanym przyczółku

jak publiusz horacjusz kokles, z dwoma towarzyszkami,
że powstrzymuje całą armię najeźdźców, aż spalą mosty
sprzymierzeńcy, a on choć ranny rzuci się przez rzekę
w pełnej zbroi i przepłynie na swoją stronę lub, według
innej wersji, utonie.

Czego nie wiedzieli Starzy Mistrzowie,


o cierpieniu? ci sami, którzy badali naturę cienia
logiką istnienia i braku? czy cień jest przed i tylko
wydobywa go światło głaskając skrzydło chrząszcza,
główkę rohatyńca, czy jest chwilę później, kiedy

siódmy foton uderza w mur z piaskowca, koci łeb,

plakat z przedawnionym teatrem? leciałem w obłok,
gdzieś lśniły loki, prześcieradła, białe patio, latarnia
w japońskim ogrodzie, a ja wiedziałem nie widząc,

że dwa są cienie: jeden, który przede mną umyka,

drugi, co do mnie bieży. dwa echa, a pomiędzy nimi
rozpięta muzyka, krwawa i drżąca szmata z ćwierćlongą
równowagi, może tu, może w rogu wymazanym węglem

Dakar, Dakar

















Są tu łuski chrząszczy, także na tej plaży, po której spacer
wywołuje miliony innych spacerów wzdłuż nabrzeży,
wzdłuż rzek niosących szczątki, które tam jeszcze są,
których już tam nie ma, które wywołują morza.

Dotknij mnie, marzy mi się sen na jawie, niechże wywoła
jawę. Rzeczywistość to obraz rzeczy, wizerunek w ślinie,
tchawicy, miechu płuca, w astmie, więc odwróć mnie
i przemień w łachman, osuwający się w rzekę, do morza.

Mogę wskazać taką płentą na wrażenie. Mogę wciąż
rozmyślać o przedmiotach, o szklance, grzebieniu, o trzech
jądrach helu, które dają życie, jeśli tylko węgiel zechce.
Mogę to czynić, ale piasek jest ciepły i faluje morze.