piątek, 8 lutego 2013
i kiedy jest - przyjąć?
nie wiem, czy drżę kiedy szczam,
ale z pewnością nie znasz wszystkich
moich myśli. jeśli jest choć jedna,
to może zaprzeczyć dotychczasowym.
i gdyby do paleniska dobudować
sień, pryczę, podłogę, dach i jego
wiosną i jesienią cień, zaspę
przed obejściem i drzewa, które
będziesz chciała ocieplić ze mną,
to bezwzględnej precyzji twojej
obserwacji nie ujdzie, że jedna
myśl może uzasadnić całą resztę,
dotąd niejednoznaczną i płochą.
zresztą, czy wyjałowiona płodem
bruzda chce wiedzieć jaki jest
i jak pada śnieg, czy zgadza się
czekać na niego, i kiedy jest - przyjąć?
fot. Marie Sechtlova - Vsechni oci
niedziela, 27 stycznia 2013
meszugekeite
nie tylko żeby napisać musisz spojrzeć w siebie.
pisanie wierszy jest szaleństwem przenoszonym
na papier, dlatego jest trudne jak szaleństwo,
dlatego jest szaleństwem, które nie robi wrażenia.
gdyby wszystkim Czuwającym Gigantom nakazać
technologiczny odwrót wyrazu, okazałoby się,
że ożywa księga przypowieści,
że nawet najpiękniejsze ryciny hagady
są tylko obmierzłym tłem dla Demona,
który mami opisem wyprowadzonym z piasku.
szukam w sobie i nie znajduję nic
co uniosłoby moje tchórzostwo przez próg szaleństwa,
nic, co dorównałoby brutalnie pięknym ciałom
dominujących kobiet, skokowi ze skończonego mostu
na nieskończonej linie przez zaimpregnowaną wysokość, lustro
nie będzie dzisiaj metafor,
nie, bo chciałbym porozmawiać z tobą jak z przyjacielem.
nie musimy się spieszyć, pozwól, że zapytam,
czy sądzisz, że tylko ucząc się życia umiemy
o nim opowiedzieć? i czy to oznacza, że najzwyklejszy
skurwysyn żałując za swoje grzechy wzrusza bardziej
niż prawdziwa tragedia? to są słowa, odpowiadasz,
po to jest oczyszczenie, aby struktury obdarzano nadzieją.
mógłbym teraz użyć pięknej metafory o niemożliwej
krystalizacji formy w przewidywaniu wody
ze szlachetnego źródła, ale wolę powiedzieć prosto,
że to co przepływa wymusza wrażliwość samym przepływem,
że w wyrazistą formę kształtuje tylko podatny materiał,
a resztę unosi prąd i rozrzuca w aluwialnym plusku,
aby dać wzrost przypadkowym, niemilknącym plemionom.
drogi heyerdahl,
pragniemy pana zaprosić z okazji stulecia naszej
królowej. wyobrażam sobie. zawieszę kilka
zdobycznych głów na szyi, żeby zewnętrznie dostrzegli
jakość trepanacji. gdzieś tam ryby śpiewają, ale
to był fiedler na dachu, szanowny panie, to był fiedler
czas na opozycję. im dalej płyniesz, bliżej widzisz,
takiego zdania jest towarzystwo morskie, a lądowe
nie chce być gorsze, więc w przerwach pomiędzy
stosunkami analnymi strzelają konceptem. ad maiore
dei gloriam il miglior fabbro, więc podreptam, potupię
sale są większe niż moje w nich kroki, dywany cichsze
niż moje stłumienie, a czarne damy wachlują się w rzędach
od a do z. czemuż to drogi heyerdahl, popłynął pan siam,
siam jak palec i taki niespokojny, jakby nie wierzył
pan w naszą niezawodną, niezachwianą opiekę i troskę?
fot. Jarek Tumidajski, Łośko na fali
piątek, 18 stycznia 2013
przyniosłem ci w sobie nicość,
kazałem wejść nam w schron. nic, zamiast spalić bezwstydem
przyjęliśmy w siebie, w głąb. konwencje, które przyjęto,
kwiaty, i ściany, i sny są dzisiaj światem i szydzą
z marzennych skrzydeł i krwi. wnieście płomienie, cięte
przyjęliśmy w siebie, w głąb. konwencje, które przyjęto,
kwiaty, i ściany, i sny są dzisiaj światem i szydzą
z marzennych skrzydeł i krwi. wnieście płomienie, cięte
z kalki i strachu przed nawiem - niech poprzewraca je wiatr.
wnieście w płomienie siebie - sprzeciwia się temu raj
( cicho wietrzeje wódka w rozpierdolonej szklance,
a ja o sen kaleki kaleczę sobie wargi).
wnieście w płomienie siebie - sprzeciwia się temu raj
( cicho wietrzeje wódka w rozpierdolonej szklance,
a ja o sen kaleki kaleczę sobie wargi).
mogliśmy razem palić, niszczyć i grzebać formy,
i kształty odstępstwa od duszy, naszej, zwierzęco
głodnej i pełnej mordu, a jednak z punktem jasnym
i kształty odstępstwa od duszy, naszej, zwierzęco
głodnej i pełnej mordu, a jednak z punktem jasnym
gdzieś poza percepcją schronu, poza przeczuciem
ognia, w gównie ale we krwi. mogliśmy, przyniosłem
nicość (wiadomość z biura). mogliśmy, ale chuj z tym
ognia, w gównie ale we krwi. mogliśmy, przyniosłem
nicość (wiadomość z biura). mogliśmy, ale chuj z tym
poniedziałek, 14 stycznia 2013
miles & miles & more
[trzy brakujące linijki z poematu Afrodyta, Safony]
schodziliśmy lewadą do atlantyku, kiedy, jak utrzymujesz,
zatrzymałeś mnie w kadrze, roześmianego nad złamaną strelicją.
wszystkie gesty i słowa mają swoje synonimy, do mojej ktosi
bąkło ktosio z cię. chyba światy, pisła w duchu moja omacka.
znamienne, nie było obrazów do wyobrażenia. pozostały takie,
które się dostrzega: zatem klify, peonie, aksamitki, dużo zielonej zieleni,
i przewidywalne profile magmowych skał. ni stąd ni z owąd
ciemny świat udał jasny i na odwrót, nie dając punktu odniesienia.
chciałem z tym skończyć. tej podróży nie będzie nigdzie, bo nie ma nigdzie;
będą za to widnokrąg, wysokość, słońce, i pozbawione intencji Wyznało,
(zaśpiewała się, nie wiedzieć czemu, piosenka ένας καινούριος άνεμος)
muzyka: thanasis skordalos, ένας καινούριος άνεμος (nowy wiatr)
piątek, 11 stycznia 2013
człowiek podziemny zaprasza pepika na kolację,
stawia lampę z makro i bierze pod skrzydła puszczyka
z nefrytowym podbrzuszem. twierdzisz, że jesteś
samotny, że wygładzają się kontury rzeczy, że obrus
zsuwa się na stopy, a kropla wody po liściu anturium
nie pozostawiając wilgoci? to ciekawe, posapuje
podnosząc oczy i od niechcenia przewraca lampę.
niezwykłe, podkreśla z przesadą, ale czy idziesz
za głosem, niechby swoim albo bibllijnej czerni,
której nie docieczesz? ufać sprzeczności to nie to samo,
co iść za głosem. to iść przed nim, a mimo to ufać,
rozlega się nad dymiącym półmiskiem jaspisowe
zgrzytnięcie pepika, puszczyka albo ciepłego posiłku.
fot. Katrin Sobolewa, Nierzeczywistość
Subskrybuj:
Posty (Atom)




