wtorek, 3 września 2013

pepik odnajduje kwiat paproci




i trzyma go w dłoniach, nie trzymając
wcale. jedna z baśni owinęła ich wokół
przewidywanej osi slowfoksa: wolny,
wolny, szybki, szybki i najdłuższe stop

hej, baśniu, weź ten kwiat ode mnie,
ja go nie chcę wcale. nie chcę poznawać
niedotyku, ani jego szaleństw, chcę tylko
wychodzić nago między ciemne buki

i skakać z jasnych plam na popielatej trawie,
na plamy ciemne w północowym stawie - milcz!
i tak stara baśń wzięła w palce pepiego idiotę,
jak gdyby nie zakwitał, nie przekwitał wcale


fot. Sen nocy letniej, w reżyserii Maxa Reinhardta

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Powrót Pantytesa




Και περισσότερη τιμή τούς πρέπει
όταν προβλέπουν (και πολλοί προβλέπουν)
πως ο Εφιάλτης θα φανεί στο τέλος,
κ’ οι Μήδοι επί τέλους θα διαβούνε.

I  większej jeszcze godni są pochwały,
którzy przewidują (a przewiduje wielu),
że kiedyś pojawi się Efialtes,
i że Persowie, w końcu, przejdą.

Kawafis, Termopile


‘… spieszę zatem, Eurypylusie, dołączyć do mego władcy
i towarzyszy. Tęsknię za dźwiękiem piszczałek, oby koń
niósł mnie szybciej niż etezyjski wiatr. Braciom przekaż
wolę Sparty, ale i nadzieję na braterski sojusz.’ Przekazałem.
Patrzę na Ossę pod śniegiem, na laurowe drzewko,
w którym wciąż, może, ukrywa się Dafne. Modre duchy Pinei
zapomniały, że wiosną karmiły się nimi usta Nieśmiertelnych.

Mardoniuszu! Głupcze, zostawiłeś nas samych, więc sprawiedliwie
Twoje oczodoły wślepiają się przez egejski błękit w orbity
Leonidasa, innego idioty. Nic nie rodzi się z odwagi, nic nie bierze
z niej początku, a z jej skutków śmieją  się nawet mity. Jest epizodem,
wirem na zamulonej rzece życia. Jeśli postawisz temu nurtowi tamę –
świątynię, koszary, pałac eforów albo najprostszy dom z dziedzińcem –
wtedy mogą przeglądać się w nim nieba i Olimpy.

Ale Ty, Pantytesie, wolałeś szukać odwagi.

Gnałeś, pewnie, jak szkwał, nie jak powiew łagodnego meltremu.
Na trzystu tych, którzy zginąć musieli, patrzyło siedmiuset,
którzy śmierć wybrali. Tobie byli podobni, w swym szaleństwie.
Niechże ich matka Tespia nagrodzi posągiem lwa z piasku. Gnałeś,
pewnie, jak szkwał do wąwozu, a potem już bardzo stępa.

Mury ojczyzny rosły w oczach i były naprawdę wysokie.

Matka minęła Cię w progu bez słowa. Brat mocno zacisnął palce
na nozdrzach i wyszedł „odetchnąć powietrzem”. Kruki uciekły nawet
z przedmieść, a miejscy niewolnicy puszczali wiatry w Twojej obecności.
Dzień Twego powrotu był smutnym, szyderczym dniem.

Jutro wstaniesz wcześniej, wykonasz ćwiczenie włócznią i mieczem.
Zdejmiesz chlamidę, potem nago przejdziesz przez miasto i zejdziesz
nad rzekę. Kark będzie chłodny od wody, kiedy zarzucisz pętlę.
A kiedy skoczysz, przed oczami łagodnie zabuja Tajget,
dokąd - słyszałeś od dziadka w dzieciństwie - odchodzą duchy
najmężniejszych hoplitów.

Ja z kolei poczekam na spartańskie poselstwo, które, jak widzę, drapie
się w kurzu w stronę miejskiej bramy. Tegoroczne wino jest wyjątkowo
łagodne i przyjemnie rozleniwia ciało schłodzone kąpielą. Wieczorem
obejrzymy razem komedię, będą niewolnice i chłopcy, podarunki
i wspólny śpiew, bo wiesz, myślę, że się zaprzyjaźnimy. A po śniadaniu
dam łapówkę królowi. Nazwę ją darem przyjaźni, gwarancją
wieczystej współpracy, jeśli trzeba: braterskim sojuszem.

Będzie jak sobie życzyłeś, Pantytesie.



fot. Góra Kallidromos, widok z pagórka Kolonos. Autor: Fkerasar

wtorek, 13 sierpnia 2013

wyjeżdżam z wenecji,



jago, wyjeżdżam z republiki, do której przypłynąłeś
na okrągłym statku. jeszcze jesteś chorążym i cień
pobożnej szmaty osłania twoją twarz. rysy, niegdyś
nieco szlachetne, ułożą się jutro w tatarski profil

znasz jedną świętość: zdradę. jakże inaczej sobie radzić
w świecie dworek. jednak, kiedy wymykasz się wieczorami
z pałacu, biegną za tobą dwa cienie. pierwszy należy
do moskiewskiej suki, drugi do poloniusza.

oprócz tych dwu na prospekcie nie ma nikogo - jeśli nie liczyć
szczurów w suterenach i kilku mizernych kotów
zlizujących wymiociny. w końcu wstępujesz na stopnie
ambasady. i tam przyjmują cię jak serdecznego gościa,
zmieniają na nową, wysłużoną maskę. dziś jesteś
probierczykiem! - ze śpiewnym, tunguskim akcentem
uśmiecha się twój szef i spowiednik. włożysz
posłusznie maskę, jago. wieże wenecji były nierealne,
i nierealne były łódki znikające w falach, a postaci
przy wiosłach naprawdę nie widać - zeznasz pod przysięgą.

Komorowskiemu

piątek, 8 lutego 2013

i kiedy jest - przyjąć?




















nie wiem, czy drżę kiedy szczam,
ale z pewnością nie znasz wszystkich
moich myśli. jeśli jest choć jedna,
to może zaprzeczyć dotychczasowym.


i gdyby do paleniska dobudować
sień, pryczę, podłogę, dach i jego
wiosną i jesienią cień, zaspę
przed obejściem i drzewa, które


będziesz chciała ocieplić ze mną,
to bezwzględnej precyzji twojej
obserwacji nie ujdzie, że jedna
myśl może uzasadnić całą resztę,


dotąd niejednoznaczną i płochą.
zresztą, czy wyjałowiona płodem
bruzda chce wiedzieć jaki jest
i jak pada śnieg, czy zgadza się
czekać na niego, i kiedy jest - przyjąć?




fot. Marie Sechtlova - Vsechni oci

niedziela, 27 stycznia 2013

meszugekeite





















nie tylko żeby napisać musisz spojrzeć w siebie.
pisanie wierszy jest szaleństwem przenoszonym
na papier, dlatego jest trudne jak szaleństwo,
dlatego jest szaleństwem, które nie robi wrażenia.


gdyby wszystkim Czuwającym Gigantom nakazać
technologiczny odwrót wyrazu, okazałoby się,
że ożywa księga przypowieści,
że nawet najpiękniejsze ryciny hagady
są tylko obmierzłym tłem dla Demona,
który mami opisem wyprowadzonym z piasku.


szukam w sobie i nie znajduję nic
co uniosłoby moje tchórzostwo przez próg szaleństwa,
nic, co dorównałoby brutalnie pięknym ciałom
dominujących kobiet, skokowi ze skończonego mostu
na nieskończonej linie przez zaimpregnowaną wysokość, lustro

nie będzie dzisiaj metafor,

















nie, bo chciałbym porozmawiać z tobą jak z przyjacielem.

nie musimy się spieszyć, pozwól, że zapytam,
czy sądzisz, że tylko ucząc się życia umiemy
o nim opowiedzieć? i czy to oznacza, że najzwyklejszy
skurwysyn żałując za swoje grzechy wzrusza bardziej
niż prawdziwa tragedia? to są słowa, odpowiadasz,
po to jest oczyszczenie, aby struktury obdarzano nadzieją.


mógłbym teraz użyć pięknej metafory o niemożliwej
krystalizacji formy w przewidywaniu wody
ze szlachetnego źródła, ale wolę powiedzieć prosto,
że to co przepływa wymusza wrażliwość samym przepływem,
że w wyrazistą formę kształtuje tylko podatny materiał,
a resztę unosi prąd i rozrzuca w aluwialnym plusku,
aby dać wzrost przypadkowym, niemilknącym plemionom.

drogi heyerdahl,

















pragniemy pana zaprosić z okazji stulecia naszej
królowej. wyobrażam sobie. zawieszę kilka
zdobycznych głów na szyi, żeby zewnętrznie dostrzegli
jakość trepanacji. gdzieś tam ryby śpiewają, ale
to był fiedler na dachu, szanowny panie, to był fiedler


czas na opozycję. im dalej płyniesz, bliżej widzisz,
takiego zdania jest towarzystwo morskie, a lądowe
nie chce być gorsze, więc w przerwach pomiędzy
stosunkami analnymi strzelają konceptem. ad maiore
dei gloriam il miglior fabbro, więc podreptam, potupię


sale są większe niż moje w nich kroki, dywany cichsze
niż moje stłumienie, a czarne damy wachlują się w rzędach
od a do z. czemuż to drogi heyerdahl, popłynął pan siam,
siam jak palec i taki niespokojny, jakby nie wierzył
pan w naszą niezawodną, niezachwianą opiekę i troskę?



fot. Jarek Tumidajski, Łośko na fali